Poza strefą komfortu jest...


... dobrze i źle. A nawet bardzo dobrze i bardzo źle ;) 

Póki co moje dni wyglądają tak: wstaję około 11, robię sobie kawę, odpalam maila i... biorę się do pracy. Bałagan dookoła rośnie, w dalszym ciągu nie gotuję i w sumie, patrząc z boku, wygląda to dosyć marnie. Chwilowo nawet nie mam czasu na moje hobby i niczego nie dekupażuję... Gdzie ten obiecywany laptop lifestyle i siedzenie z lapkiem na jakiejś egzotycznej wyspie? No i zgodnie ze stylem życia kreowanym na blogach, które czytam, powinnam zacząć dzień od pożywnego śniadania, zrobić mu zdjęcie, wstawić na Insta, pożyczyć wszystkim miłego dnia i dopiero potem zacząć pracę. 

Tymczasem... za długo śpię i nie chce mi się przygotować śniadania. Zaraz po przebudzeniu zabieram się do pracy, bo kawusia smakuje mi tak pysznie rano, że nie mam potrzeby przyrządzać niczego innego :D A moich ulubionych blogów chwilowo nie czytam, bo mam wyrzuty sumienia, że marnuję czas, a tu tyle pracy czeka... No cóż, po pierwszym, najtrudniejszym etapie, przyjdzie czas na powolniejsze życie :) Póki co jestem najszczęśliwsza na świecie spędzając idiotyczną ilość godzin przed laptopem dziennie, ucząc się pisania i pisząc, pisząc, pisząc, pisząc. Stresuję się, że nie dam rady, ale zebrałam już kilka pochwał, więc chyba nie będzie tak źle ;) Najbardziej brakuje mi czasu spędzonego na blogowaniu, i to na tym konkretnym blogu, ale dla tego posta musiałam oderwać się od pracy, żeby go koniecznie dzisiaj napisać :) 

Strasznie wkurzam się bowiem na jedną rzecz - niedowierzanie, że mi się uda. Nagle okazuje się, że ci wszyscy, którzy głośno narzekali na etat (kiepskie zarobki, fatalna atmosfera, brak rozwoju itp.), nagłe opuszczenie go traktują jak szaleństwo... Generalnie nie przejmuję się tym, co mówią ludzie, ale czasami po prostu nie daję rady. Zwłaszcza jak kumulują się dziwne, niezrozumiałe zachowania. Dlaczego słyszę tyle krytycznych opinii i jakim prawem ludzie w ogóle wtrącają się w moje prywatne sprawy? Dopiero wczoraj uświadomiłam sobie, że za tą pozorna troską i chęcią naprowadzenia mnie na właściwą drogę, stoi obawa, że może mi się udać. I co wtedy z tymi, którzy wciąż przekonują mnie, że to niemożliwe? Oj, okaże się, że to oni są nieudacznikami, którzy potrafią tylko narzekać, ale boją się podjąć jakichkolwiek kroków, żeby coś zmienić. 

Usłyszałam niedawno: "Skąd Ty masz tyle zleceń? To pewnie już niezłą kasę z tego wyciągasz? To tylko na początek pewnie, bo jesteś nowa... Szybko się skończy." Wrrrrr... A argumentem było, że znajoma prowadziła ciucholand przez niecały rok, a potem szybko zrezygnowała, bo przestało jej to się opłacać. Tylko co ma wspólnego pisanie tekstów z prowadzeniem sklepu?

???

Jacy ci ludzie są jednak głupi... Nie rzecz w tym, ile mam zleceń i ile pracy, bo na początek stawki nie są duże. Tajemnica tkwi w rozwoju i perspektywach na przyszłość. Dlatego ten tekst dedykuję tym, którzy mają odwagę działać a nie krytykować. Tym, którzy widzą szansę na własny rozwój, tam gdzie inni widzą swoją lub czyjąś porażkę. Prawda jest taka, że tych negatywnie nastawionych nic nie przekona. Zawsze znajdą 1000 wymówek, by nie robić nic. 

A jak to było ze mną? Oczywiście że najpierw pojawił się strach. Mając kilka pewnych źródeł dochodu, zostawić wszystko i zacząć od nowa nie jest łatwo. W umocnieniu się w tej decyzji pomaga mi to, co mnie jednocześnie strasznie wkurza, czyli po kolei: 


1. Wieczne narzekanie

"Oj, jest mi tak źle... Podwyżki nie dostałam od 10 lat, nikt mnie nie szanuje, nie widzi, a nawet obgadują mnie za plecami... " Oczywiście słowa o podobnej treści wypowiedziane zostały w nieco inny sposób, ale wniosek ten sam. Nic nie zależy od nas. Hmmm... Czy aby na pewno? Skoro nas obgadują to jednak nas widzą, tyle, że na swój sposób. Ok, przyznaję, że większość miejsc pracy jest nierozwojowa, ale to tylko większość. Są inne. Jak jest nam źle, to szukamy i zmieniamy. Wypowiedzenie można napisać w ciągu dwóch minut (łącznie z czasem drukowania i podpisem). Ale o dziwo ci najbardziej uciśnieni nigdy nie podjęli tego kroku. No cóż... Ja tego za nich też nie zrobię, mimo, że narzekałam jak cholera. Często, głośno i boleśnie. Ale ja narzekałam, że jeszcze nie potrafię pisać na tyle dobrze, żeby się zwolnić. Mała, ale jednak znacząca różnica ;) 

2. My Polacy jesteśmy biedni

Niedawno przeczytałam ciekawe zdanie, że bycie biednym to stan umysłu. Ludzie boją się zainwestować jakiekolwiek kwoty, bo panikują, że stracą pieniądze. Tak więc z obawy przed małą stratą, tracą szansę na wielkie zyski. Postanowiłam więc być inna niż wszyscy i dla odmiany być bogata ;) Może jeszcze nie teraz, ale będę do tego dążyć. Skoro tyle mam biedaków dookoła, to wręcz muszę być bogata, aby zachować odpowiednią statystkę w rejonie :)

3. Realne myślenie

Kiedy otwierałam moje prywatne Studium Nauki Języków, usłyszałam prawdziwie złote rady. "No, ale pomyśl, kogo na to stać? Dookoła ludzie biedni, nie przyjdą do Ciebie. Z 500 złotych na tym zarobisz, ale nie więcej. Lepiej nie robić nic dużego, raczej myśl o małym dochodzie na boku." Od tamtej pory nienawidzę tego sposobu myślenia! I celowo nazywam je realnym, a nie sceptycznym. Realiści zawsze przeanalizują fakty, suche fakty, do których nie potrafią dodać ani krzty wyobraźni. Jest to nadmierny, ograniczający realizm. Ja w dalszym ciągu mam wizję stworzenia mojej własnej sieci takich małych placówek, w której nowatorskimi metodami będzie można się uczyć języków. A argumenty, że na rynku jest wiele innych szkół językowych i tylko sieciówki wygrywają, kompletnie do mnie nie przemawiają. Mam swój własny pomysł na takie miejsce, do którego chętnie będzie się wracać i zrealizuję go do końca. I naprawdę nie muszę już słuchać tych wszystkich dobrych rad. Dla odmiany możecie mnie obgadywać do woli, tylko proszę, już nigdy więcej, żadnej praktycznej analizy!! :D 

4. Nie udało się, to koniec!
Znam też ludzi, którzy próbowali. I nie udało się. Dokładnie rzecz ujmując, nie udało im się raz. Ślad po tej porażce pozostał jednak żywy i od tamtej pory, jak ognia unikają podjęcia kolejnych prób. Bo też się nie uda i stracą pieniądze. Tymczasem prawda jest taka, że to nie była porażka, to była pierwsza lekcja. Nie wyszło, trudno, powinniśmy szukać dalej. I w sumie co z tego, że nie wyszło? Nawet jeżeli stracimy trochę pieniędzy, czekają na nas te, które zarobimy w przyszłości, częściowo dzięki wnioskom wyciągniętym z porażek. Moje Studio też jest w sumie moją porażką. Grupy nie rozrosły się tak jak się tego spodziewałam. Miałam nieciekawy lokal, który zniechęcał klientów, a znalezienie nowego nie było łatwe, więc była to dla mnie prawdziwa próba wytrzymałości. Pod koniec lutego podjęłam decyzję, że zamiast męczyć się w miejscu, którego nie lubię, zawieszę działalność na marzec, a od kwietnia przenosimy się w nowe miejsce. A jak się nie uda w drugim miejscu, to znajdę trzecie, aż do skutku. Nawet gdybym miała wrócić na etat, żeby mieć z czego żyć, choć przyznam szczerze, że to jest najgorsza opcja ;)

Niczego jednak nie można wykluczyć, bo ryzyko jest wkalkulowane w większość naszych działań. Poza strefą komfortu można ponieść spektakularną porażkę, ale też znaleźć sposób na spełnione, szczęśliwe życie. Życie, które jest nieco niepewne, ale jednocześnie jest świetną przygodą. Daję sobie pół roku na zrealizowanie mojej wizji, bo od tych, którzy mnie nie wspierają różnię się właśnie tym, że taką wizję posiadam. A że w międzyczasie przestaną mnie lubić... No cóż. Jeżeli nie będą mnie już lubić i co za tym idzie udzielać mi swoich rad, to myślę, że dam radę ;)

Niektórzy ludzie będą cie kochać tak długo, jak długo będziesz pasować do ich pudełka. Nie bój się ich rozczarować. 
Share on Google Plus

About Aneta Łukasik

Cześć:) To ja, autorka bloga. Blogowanie to moje hobby, ale zajmuję się tym od niedawna, dlatego mam prośbę :) Jeżeli przeczytałaś/łeś post, to proszę zostaw komentarz. Wszystkie wskazówki i porady są dla mnie bardzo cenne :) Z góry dziekuję :)
    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze :

Prześlij komentarz